0
Podróżowanie głębokie

ZOSTAŃ “ARYSTOKRATĄ DUCHA”

W dobie makdonaldyzacji kultury i postępującej globalizacji człowiek musi biec do przodu, by żyć tak jak wszyscy, mieć prawo głosu, być akceptowanym przez otoczenie. Powinien biec szybko i równo. Każda zmiana tempa grozi wykluczeniem – wypalenie zawodowe w przypadku zbyt dużej prędkości lub staczanie na dno, gdy zbytnio się zwolni.  Człowiek powinien pracować sprawnie i zarabiać „godziwie”, to znaczy tak, by starczyło na jedzenie, mieszkanie, kredyt, inne opłaty i może mały urlop z rodziną spędzony wspólnie w małym pokoiku w jakimś zakątku Polski lub raz na jakiś czas na wakacjach all inclusive za granicą. Człowiek taki z podmiotu staje się wykonawcą przedmiotu. Robi tylko to, czego od niego wymagają i co powinien robić w ramach społecznej dyscypliny – stać w kolejkach jak wszyscy, uczyć się dostatecznie jak wszyscy, kończyć studia jak wszyscy… Le Bon w Psychologii tłumu już dawno zauważył, że „wszystkimi” łatwiej manipulować niż myślącą jednostką.  A gdy ci wszyscy są przeciętni – tym lepiej dla pociągających za sznurki. Ale uwaga! Nie trzeba wcale brać udziału w wielkiej demonstracji, by tworzyć masę. Postępująca atomizacja społeczna sprzyja szalejącej propagandzie.

Masy gromadzą się przed telewizorami, w Internecie, przy odbiornikach radiowych. Masy ze sobą normalnie nie rozmawiają. Nie myślą samodzielnie, nie czują. Czy zauważyliście, jak bardzo nasz obraz świata jest uzależniony od przekazu medialnego? Kto dostrzegł, że w czasie pandemii inne zagrożenia, które kiedyś budziły postrach, jak na przykład terroryzm, nagle zniknęły ze sceny publicznej? Nie oznacza to, że problem, na który nie są zwrócone oczy tego świata, nie istnieje. Może istnieć i wtedy, a przez to być jeszcze groźniejszy, ale w naszym odbiorze rzeczywistości nie jest on już narzędziem w rękach tych, którzy stanowią prawa i decydują o naszej wolności. Problem jest teraz o stokroć poważniejszy, bo niewidzialny i śmiertelny… Dlatego tak ważna jest nasza UWAŻNOŚĆ na każdy, nawet najmniejszy aspekt naszego życia. Dzięki niej stajemy się autonomiczni, nie ulegamy pozornej idei jedności, która często jest zwykłym konformizmem. Szukajmy wspólnoty, ale wśród osób myślących samodzielnie.

Normalny człowiek

Opisana rzeczywistość to na pozór normalne życie, jakie wiedzie wielu Polaków. Teoretycznie nie ma w tym nic złego – ot przyzwoity człowiek, zarabia, utrzymuje rodzinę, wykorzystuje możliwości, jakie oferuje mu państwo, w którym żyje. Słowo „normalnie” może być jednak wyrazem skrajnej obojętności w stosunku do otaczającego świata. Pójdźmy dalej. Normalny człowiek przychodzi do domu, siada na kanapie, włącza telewizję, ogląda kilka programów (całych bądź wyrywkowo), spożywa posiłek, robi się zmęczony, zamieni kilka słów z rodziną, dowie się, że u nich też wszystko normalnie i idzie spać. Następnego dnia historia się powtarza: normalny człowiek wywiązuje się ze swoich obowiązków w pracy,  wraca do domu…

Bardzo szybko można zauważyć, że normalność często jest wypełniona pustką. Nikt nie mówi, co powinno się robić pomiędzy pracą a podleganiem społecznej dyscyplinie, więc normalny człowiek tkwi w bezczynności: nie ma planów, nie realizuje marzeń, nie ma zainteresowań, nie zajmuje się rozwojem osobistym, nie oszczędza, bo nie ma z czego… Czasem pozwoli sobie na beztroską rozrywkę w ramach przyjętego modelu życia – „trzeba się trochę wyszaleć”, zapomnieć na chwilę o codziennym kieracie. To zwykła ucieczka. Ile ludzi ucieka, widać w piątkowe wieczory na ulicach dużych miast, w okolicach remiz strażackich na wsiach, czy chociażby w w dokumencie „Czekając na sobotę” (reż. I. i J. Morawscy).

Taki „normalny” sposób myślenia widać w czasie wakacji w Polsce lub za granicą, gdy przypadkiem spotka się jakichś (o zgrozo!) „Januszy”, yy… to znaczy Polaków. Chyba rozumiecie już, o co chodzi.

„Arystokrata ducha”, czyli właściwie kto?

Krzysztof Zanussi powiedziałby, że to człowiek, który wszystko, co robi, robi w sferze jak najlepszej,  nie dotyka tego, co mierne czy przeciętne[1]. Arystokratyzm ducha, do którego namawia reżyser, polega więc na tym, że:

Nie chodzimy do McDonalda, nie jemy hamburgerów, nie czytamy szmiry, nie wypełniamy sobie czasu łomotem, tylko wybieramy świadomie, co uważamy za dobre, i nie pozwalamy sobie, żeby fala nas niosła. Mamy odwagę płynąć przeciwko fali. To jest postawa, która wciąż ma swoje zastosowanie, ale jest postawą dość heroiczną, dlatego mniejszościową”[2].

Jakie przełożenie proponowana postawa może mieć na nasze życie i podróże?

Nie jedziemy byle gdzie, ale dokładnie wybieramy miejsca, w których chcemy się zatrzymać, nie jemy byle czego, ale potrawy ekologiczne, przyrządzone z naturalnych produktów przez lokalnych dostawców, u których zaopatrują się właściciele agroturystyk. Jeśli żywimy się sami – dowiadujemy się, gdzie takie produkty można zdobyć i co z nich przyrządzić. Nie kupujemy produktów „made in China” z uwagi na jakość materiału, który może być dla nas szkodliwy i mając na uwadze wyzysk pracowników, którzy pracują za bezcen. Stawiamy na firmy oferujące jakościowe produkty, wytwarzane w sposób humanitarny, w trosce o środowisko.

W podróży nie zapychamy się fastfoodami, myślimy o tym, co zjemy w podróży, przygotowujemy prowiant na drogę. Możemy sobie pozwolić na „chwileczkę zapomnienia” i pójść na kolację do dobrej restauracji (wystarczy zrezygnować z kilku hot-dogów zjadanych w pośpiechu na stacjach benzynowych, bo akurat nie mieliśmy nic pod ręką do jedzenia).

Nie jemy w biegu, by zyskać czas, by zobaczyć więcej. Skupiamy się nie na ilości miejsc, które chcemy odwiedzić, ale na doświadczeniu, jakie bycie w danym miejscu może nam dostarczyć, szukamy klimatu i atmosfery, a nie tłumów i kolejek. Nasza podróż nie ma być katalogiem wyrwanych miastu fotografii zabytków, ale lejkiem, przez który będziemy wlewać smaki, zapachy, dźwięki i obrazy do naszego wnętrza. Nie kupujemy bibelotów, bo często są tanią chińszczyzną nie mającą nic wspólnego z miejscem, w którym je nabywamy. Jeśli już bardzo chcemy posiąść jakąś rzecz-pamiątkę z podróży, wspieramy lokalnych wytwórców, zwracamy uwagę na sposób produkcji (czy nikogo nie krzywdzi), jakość przedmiotu i materiał, z jakiego jest wykonany (czy nie jest szkodliwy dla człowieka). Nie zabieramy walizki ubrań, ale  dokładnie tyle, ile potrzeba. Dla przykładu dobre ubrania sportowe z „oddychających” tkanin bądź z naturalnej wełny typu merynos, zajmują niewiele miejsca i jest do wielokrotnego użytku.

To oczywiście  tylko część pomysłów na piękne i dobre życie. Sama idea „arystokratyzmu ducha” jest mi bardzo bliska, dostrzegam wiele korzyści płynących z takiego stylu życia w podróży i na co dzień. Choć „arystokratyzm” ma bardzo wiele wspólnego z minimalizmem, jest jednak czymś innym, bo akcentuje jakość a nie tylko niewielką ilość. Od czasu do czasu będę podrzucała kolejne inspiracje ukazujące, jak taki proces „wewnętrznej edukacji” rozpocząć i prowadzić, by stać się „arystokratą ducha”.😊


[1] K. Zanussi, Arystokratyzm ducha. Kino Krzysztofa Zanussiego.

[2]Krzysztof Zanussi: – Walczę ze schamieniem, dostępne w Internecie: https://nto.pl/krzysztof-zanussi-walcze-ze-schamieniem/ar/4114697 (dostęp 6.11.2018).

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

Leave a Reply