0
Agroturystyki z duszą Rozmowy głębokie

W zwierciadle miejsca. Rozmowa z Anną Ziarkowską w „Potoczówce” – odcinek 2

Rozmowa z bajkopisarką i współwłaścicielką domów na wynajem „Potoczówka” w Beskidzie Małym, nagrana 4 maja 2019 roku – w innym świecie i innych czasach. Czas pokazał jednak, że treść jest wciąż aktualna i gotowa na spotkanie swoich odbiorców. Na YouTube jest dostępna z obrazem miejsca i rzeczy, o których rozmawiamy. Podcastu można posłuchać w aplikacjach takich jak: Spotify, Apple Podcast i Google Podcast. Odnośniki znajdują się na końcu rozmowy. Poniżej znajduje się nie transkrypcja, lecz literacka i zredagowana wersja rozmowy.

Miejsce z duszą zawiera w sobie cząstkę osoby, które je stworzyła. Anna Ziarkowska włożyła w „Potoczówkę” kawał swojego serca. Widać w niej jej temperament, jej podejście do natury, jej empatię, stosunek do gości. Ja już o tym wiem. Jeśli chcesz się przekonać jakich rad udziela osobom, które chciałyby uciec z miasta, być może stworzyć takie miejsce bądź po prostu żyć w sposób bardziej wartościowy, troszkę zwolnić, zapraszam do wejścia w naszą rozmowę. Dowiesz się z niej co nieco o wolnym podróżowaniu, jeżdżeniu pociągami, koleją przez Rosję, o pieszej wędrówce do Camino, a także o etapie życia, kiedy wraca się do ulubionych przestrzeni i w którym nie denerwują już nieprzeczytane książki na półce.

W zwierciadle miejsca. Rozmowa z Anną Ziarkowską w Potoczówce – odc. 2

Śmieszna sytuacja: jesteśmy tutaj dopiero dwa dni, a czujemy się jak u siebie! My Ci proponujemy herbatę…

To idealnie! Wy mnie gościcie. Mamy odwrócenie.

Dzisiaj, gdy spacerowaliśmy po okolicy, byliśmy tu zupełnie sami. Ta duża przestrzeń wokół domu już po jednym dniu stała się nasza, na wyłączność, jakby wokół nie było nic tylko ten dom, potok i zieleń.

To jest taki efekt jak pielgrzymka do Camino[1] tyko w wymiarze przestrzennym, bo Camino jest w wymiarze czasowym, że ten czas się rozciąga, a tutaj przestrzeń się nagina.

Dla mnie czas spędzony w tym miejscu, choć teoretycznie był krótki, 2 dni…, to też jakby się rozciągnął. Nie wiem, czy ta przestrzeń to spowodowała, ale miałam wrażenie, że dużo rzeczy mogłam sobie przemyśleć. Wydaje mi się, że jest to też zasługa tego miejsca i innych miejsc tego typu, w których czas rzeczywiście płynie wolniej. Jest to jakiś fenomen czasu potrzebnego na przebycie wewnętrznej podróży.

Mówiłaś, że szłaś pieszo do Camino przez 28 dni. Czy jest to podróż, którą najbardziej zapamiętałaś? Czy jest może jakaś inna wędrówka, która była dla Ciebie najważniejsza?

To była pierwsza moja taka przygoda. Szczerze mówiąc, w ogóle nie byłam przygotowana do tej podróży. Pomysł pojawił się nagle i szybko został zrealizowany. W zasadzie, siedząc przy biurku, wstałam, spakowałam się i wyruszyłam. Gdy porównuję ten zryw z doświadczeniami znajomych, którzy przez pół roku ćwiczyli i planowali całą podróż dzień po dniu, rozpisywali, gdzie będą spać, co zobaczą po drodze, dopiero rozumiem, że rzuciłam się na głęboką wodę. Nie miałam żadnego planu podróży, nie wiedziałam, gdzie będę nocować. Po prostu, gdzie mnie danego dnia nogi zaniosły, tam zostawałam. Bywało tak, że szłam pięćdziesiąt kilometrów, a innego dnia robiłam krótszą trasę i szłam tylko dwadzieścia kilometrów. Doświadczyłam więc wolności w dysponowaniu sobą: mogę od dawien dawna robić to, co chcę i jak chcę. Tak naprawdę to ludzie, to przyroda wpływały na mnie i determinowały, jak długo chciałam w danym miejscu zostać. Często było tak przyjemnie, że pobyt się przeciągał i tym samym czas ponownego wyjścia w drogę.

Zazwyczaj, gdy podejmuje się decyzje o podróży w nieznane, istnieje jakiś bodziec, który nakazuje ruszyć z miejsca. Czy chciałabyś powiedzieć, co było takim bodźcem? Czy właśnie poszukiwanie wolności, nowego azymutu w życiu?

Ja dosyć intensywnie pracuję. Myślę, że to był moment, by się na chwilę zatrzymać, żeby sobie wszystko przemyśleć, przedefiniować. Wydaję mi się, że była to dla mnie bardzo przełomowa droga. Stwierdziłam, że pewne rzeczy trzeba zostawić właśnie na tej drodze. Z resztą ma ona swoją symbolikę, że pewne rzeczy się tam niesie i zostawia. Gdy zaczyna się podróż, bierze się kamyczki z miejsca, w którym się mieszka (ja akurat zebrałam je pod blokiem) i w pewnym momencie się je pozostawia. Kamyczki symbolizują sprawy, które chcielibyśmy zostawić za sobą. Myślę, że w pewnym stopniu udało mi się zostawić to, co chciałam, na tej drodze.

W dzisiejszych czasach, w XXI wieku, który jeszcze do niedawna stał pod znakiem otwartych granic, mieliśmy możliwość podróżowania do najdalszych zakątków świata i odwiedzenia niezliczonej ilości zabytków, a podróże wyglądały tak, że miejsca się „odhaczało”. Jest to takie podróżowanie z punktu A do B. Jednak, aby coś się w życiu wydarzyło, by dotknąć doświadczenia, o którym mówiłaś, by dowiedzieć się, jakie kamyczki wypadałoby zostawić, a jakie należy dopiero zdobyć, trzeba mieć komfort swobodnej podróży, bez planu, bez celu.

Przechodząc już na polski grunt, wydaje mi się, że miejsce, które stworzyliście, jest taką przystanią dla „zagonionego wędrowca”, gdzie można sobie przy kominku usiąść i przeprowadzić własny – nie powiem – „rachunek sumienia”, ale rozrachunek z samym sobą.

I teraz powiedz proszę, czy była jakaś idea, która stała za tym, by stworzyć ten dom, w taki konkretny sposób? Jak wyglądał proces powstawania Potoczówki?

Może zacznę od początku. Jest to miejsce, do którego często jeździliśmy w dzieciństwie i w młodości, spędzaliśmy tutaj często wakacje nad rzeką, w pobliskim ośrodku, który teraz został przebudowany i ma nowego właściciela. W czasach komunizmu miejsce wyglądało całkiem inaczej, ale zawsze było przyjemne, bo było otoczone lasem, znajduje się w pobliżu rzeki. Miejsce to zawsze było w naszych sercach. Zupełny przypadek sprawił, że staliśmy się właścicielami tego terenu. Miałam problemy po ciężkim porodzie i musiałam skorzystać z pomocy rehabilitanta. W rozmowie z nim, zwierzyłam się, że od dawien dawna szukamy tutaj miejsca dla siebie, bo mamy ogromny sentyment do tych terenów. Okazało się, że rehabilitant znał osobę, która akurat planowała pozbyć się działki, ponieważ chciała sobie wyremontować dom, więc dosyć szybko potrzebowała gotówki. My zatem też dość szybko się z nią skontaktowaliśmy. Gdy zobaczyliśmy ten teren, byliśmy oczarowani, choć samo miejsce nie wyglądało tak jak dziś. Wydaje się, że niewiele osób mógłby ten teren oczarować. Przez środek działki przebiegało stare koryto rzeki, rzeźba terenu wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wszystko było zaniedbane, potwornie zarośnięte krzewami. Jednak my, wchodząc na tę działkę, zobaczyliśmy coś zupełnie innego, właśnie to miejsce, w którym teraz jesteśmy.

Jakie elementy przestrzeni wtedy zauważyliście, które stanowiły dla Was pewien potencjał na przebudowę terenu?

Przede wszystkim rzeka i widoki na dwa stoki: Klimaskę i Turoń. Kiedy polana się odsłoniła po pracach porządkowych, ujrzeliśmy widok, który wyglądał tak, jakbyśmy stworzyli go zupełnie na nowo. Mieliśmy wrażenie, że odzyskaliśmy coś dla innych, nie raniąc tej przyrody, która tu była i nie ingerując jakoś mocno w roślinność, która ze swej natury jest tutaj dzika. Dokonaliśmy tylko podstawowych nasadzeń, które pozwalają czuć się bardziej intymnie na tym terenie. W budynku są dwa domy, więc muszą też być stworzone strefy komfortu dla dwóch grup, które w tym samym czasie tutaj przebywają.

Tak, są dwa osobne wejścia. Zostawiliście na działce zostało starodrzewie. Dziś dużo osób wycina stare drzewa, bo spadają liście, trzeba je grabić, a właśnie ten kawałek lasu tworzy wrażenie „przyrody na wyłączność”, daje poczucie dużej intymności. Dla mnie w tym miejscu ważne są również – i teraz wchodzimy już powoli do środka – wielkie okna. Gdy siedzieliśmy na kanapie, zmarznięci po kąpieli w potoku, miałam wrażenie, że jest tu jak w kinie. Siedzę sobie przytwierdzona do kanapy, która jest usytuowana w idealnym miejscu naprzeciwko okien, które pokazują mi panoramiczny świat po drugiej stronie.

Drugie moje wrażenie było takie: jestem dzieckiem na wystawie, które widzi za szybą eksponaty. Przyroda się przede mną otwiera, stroi, wygina. Właśnie przez tę szybę staje się jeszcze piękniejsza, jeszcze lepiej się prezentuje, a jednocześnie jest zapraszana do środka. Taki efekt jedności wnętrza i zewnętrza potęguje też rysunek lasu na ścianie przy oknie, który tworzy płynne przejście między przestrzenią w środku domu i na zewnątrz.

Bardzo lubiana przeze mnie historyk sztuki powiedziała, że gdy wchodzi do muzeum, to najważniejszy jest dla niej widok za oknem. I to jest chyba dokładnie to, o czym mówisz. To trochę tak, jakbyś kontemplowała jeden obraz. Możesz sobie leżeć na tej kanapie, patrzeć i ciągle znajdować nowe detale. Z drugiej też strony możesz przyjechać w inną porę roku i masz przed oczami zupełnie nowy obraz, który poznajesz na nowo. Jest to czas, kiedy można się skupić na tym co cię otacza, rzeczywiście tego w jakiś sposób dotknąć, siedząc sobie wygodnie na kanapie.

Tak. Właśnie to, że siedzimy wygodnie w ciepłym wnętrzu jest w tym wszystkim bardzo ważne. Dziś zmokliśmy w deszczu i w potoku. Na zewnątrz była „przestrzeń wroga”, a w środku – ciepły kominek i piękny widok. Stworzyło się coś w rodzaju takiego „akwarium”, w którym czujemy się bezpiecznie… Metafor jest wiele. Pewne jest, że ten bajkowy krajobraz, który się nam wystawiał i prezentował na pokaz, z jeszcze większą rozkoszą konsumowaliśmy.

Jest to świetna koncepcja, która powtarza się w tej przestrzeni wielokrotnie. U góry jest przeszklone wyjście na taras. Drugi dom również ma przeszkloną ścianę.

Co się zaś tyczy tych wielkich okien… W Warszawie ludzie mieszkający w blokach po zmroku zasłaniają żaluzje. Dzieje się tak dlatego, że wtedy następuje odwrócenie – to wnętrze i sam człowiek jest wystawiany na pokaz światu zewnętrznemu. Cena, jaką trzeba zapłacić za takie kuszące otwarcie się na świat, na przyrodę przez „szklane domy”, to cena utraty własnej intymności. Wy stworzyliście przestrzeń w taki sposób, poprzez elementy takie jak: brama i drzewa, które właśnie stają na straży ten intymności. Goście czują się tutaj swobodnie, nie ma żadnego problemu, mówiąc krótko – jesteśmy gotowi zapłacić tę cenę. Dla ludzi z miasta jest to bardzo komfortowe uczucie – można spuścić z tonu, nie obawiać się, że ktoś nam zajrzy przez te wielkie okna do środka…

Można się czuć częścią natury. Granica, choć jest, to staje się na tyle płynna, że obustronnie zyskujemy.

Powiedz proszę, czy sami tworzyliście koncepcję architektoniczną tego miejsca?

Mamy spore doświadczenie w pobytach za granicą, gdyż dużo podróżowaliśmy i wydobywaliśmy te elementy, które można by było u nas zaadaptować. Na pomysł z dwoma domami, które są swoimi lustrzanymi odbiciami, stoją na jednym fundamencie, ale zupełnie sobie nie przeszkadzają, wpadliśmy w czasie podróży do Saint-Tropez. Byliśmy tam w ośrodku, gdzie na dużym obszarze stało sporo domów tak świetnie odgrodzonych od siebie drzewami, zielenią, że każdy czuł się intymnie. Uznaliśmy, że takie rozwiązanie jest do przeniesienia na polski grunt. W ten sposób minimalną ilość terenu zabieramy działce, a zyskujemy maksymalny efekt – dwa domy.

Czy pomagał Wam jakiś architekt?

Nasi sąsiedzi zza rzeki mieli zaprzyjaźnionego architekta w Krakowie, z którym nas skontaktowali i w rezultacie skorzystaliśmy z jego pomocy przy projektowaniu domu.

Czy byłabyś w stanie wskazać w domu jakieś strefy, które były stworzone z myślą, by pełniły określoną funkcję? Mam na myśli na przykład kominek sprzyjający wieczornym rozmowom, stół, antresolę i poddasze, które wygląda tak, jakby były stworzone po to, by zapewnić dzieciom przestrzeń do zabaw, rozwoju wyobraźni i wcielania w życie bajkowych scenariuszy. Wiem, że sama piszesz bajki, więc czy może w jakieś przestrzeni domu można znaleźć Twój „odcisk palca”?

Aranżacja przestrzeni w domu nie do końca jest podyktowana moją wyobraźnią i faktem, że piszę bajki. Początkowo u góry planowaliśmy urządzić strych, gdyż nie ma tutaj piwnicy, gdzie można by odkładać pewne rzeczy. Kiedy jednak zobaczyliśmy zupełnie magiczny kształt tego stryszku, postanowiliśmy oddać górę we władanie dzieciom. Rzeczywiście się to sprawdziło. Są dzieci, które przyjeżdżają po raz kolejny do naszego domu, bo właśnie tu jest ten magiczny stryszek, gdzie mieści się ich królestwo.

Nie powiedziałyśmy jeszcze, że na poddasze wchodzi się po schodkach prosto z pokoju dziecięcego. Nic dziwnego, że w takiej przestrzeni dzieciaki czują się swobodnie i mogą dalej układać swoje bajeczki.

Jest tam też ławeczka ich rozmiarów i maluteńkie okienko, przez które można obserwować, co się dzieje na zewnątrz.

Jak oczko wyglądające potajemnie z domu!

Albo luneta wyprowadzająca na świat.

Piękny jest również duży drewniany stół w jadalni.

Szukaliśmy takich stołów, przy których spokojnie można biesiadować czy usiąść z rodziną i zjeść wspólny posiłek, bez pośpiechu, co dzisiaj jest już chyba rzadkością. W niewielu domach posiłki mają jeszcze moc łączenia rodziny. Gdy przez długi czas mieszkaliśmy we Włoszech, zobaczyliśmy, że stół jest niemalże instytucją. Rodzina zbiera się przy nim do każdego posiłku. W Polsce każdy gdzieś biegnie ze swoim talerzem… Bardzo ważne jest zatem, by w domu, do którego przyjeżdża się z rodziną czy znajomymi było miejsce sprzyjające wspólnemu jedzeniu, by móc w spokoju miło spędzić czas. Z tym stołem, przy którym rozmawiamy, związane jest ciekawe doświadczenie. Kiedyś odwiedził nas w tym domu rabin Krakowa, który poczuł się jakoś szczególnie przez nas ugoszczony. Być może dlatego, że przyjechał ze sporą gromadką dzieci, którymi się trochę zajmowałam, gdy on musiał w sprawach służbowych wyjeżdżać do Krakowa. Tak się złożyło, że ów rabin był jednym z lepszych krakowskich restauratorów i chcąc się odwdzięczyć, zapytał nas, czy wolimy, by nas zaprosił na śniadanie, czy na kolację… Oczywiście wybraliśmy kolację.

Z nadzieją, że będzie dłuższa!

Rzeczywiście była to naprawdę królewska biesiada. Myślę, że posiłki, które były tu serwowane nie ustępowały niczym od dań zamawianych w najlepszych polskich restauracjach. Chyba nie jadaliśmy nigdzie lepiej niż w Potoczówce, kiedy byliśmy goszczeni przez rabina Krakowa! 

Znów powtarza się motyw, że gość momentalnie przejmuje funkcję gospodarza. Ma do dyspozycji kuchnię, serwuje posiłki, parzy herbatę… Czuje się jak u siebie w domu.

Bardzo często spotykają mnie przypadki, że jestem zapraszana przez gości. Początkowo czułam się niezręcznie, ale później przyjęłam to za normę. Bywam zapraszana na śniadanie, kolację, a kawa i herbata to w ogóle standard! Jest to też fajna wymiana doświadczeń i taka ciekawość nas gościa i gościa nami.

O tak! Ja jestem bardzo ciekawa! Cieszy mnie sam fakt spotkania z Tobą! Dostępne w Internecie opinie na temat Potoczówki, bardzo często uwzględniają Ciebie jako nieodłączną cząstkę tego miejsca. Nie wiem, czy jeszcze gdzieś Twój materialny „odcisk palca” znajdziemy w przestrzeni, ale duch niewątpliwie jest.

Coś chyba w tym musi być. Pamiętam, że kiedyś wyjeżdżała taka rodzina i już planowała powrót. Zapytałam ich wtedy: – Co najbardziej Wam się tutaj podobało, co dla Was było najważniejsze? A oni odpowiedzieli: – Ty jesteś najważniejszą częścią tego miejsca.

Był to dla mnie taki komplement, którego zupełnie się nie spodziewałam. Nie wiedziałam, jak na niego odpowiedzieć. Z tymi gośćmi do dziś jesteśmy w bliskiej relacji. W działalności agroturystycznej fajne są właśnie nawiązywane relacje. Przyjaźnie, które tu się zaczynają, często trwają latami. Ludzie do nas wracają po kilka razy, co też jest według mnie niebywałe. W dzisiejszych czasach, kiedy nie ma już dawnej tradycji jeżdżenia na wakacje w to samo miejsce, coś jednak innych do nas przyciąga. Jest to taki pozytywny dowód tego, że ludzie tutaj się dobrze czują.

Powiedz, jaki jest Twój ulubiony materiał do wykończenia domu? Siedzimy przy stole z drewna tuż obok stoi drzewo, które zadomowiło się we wnętrzu…

Tak, to jest prawdziwa czereśnia.

 Podłoga też jest chyba drewniana?

Podłoga ze względów praktycznych świetnie imituje drewno…

To prawda!

…ale jest wykonana z płytki.

Fakt, iż we wnętrzu mamy naturalne materiały, których przecież dotykamy, które są blisko nas, również może wpływać na nas pozytywnie, może pomagać w tym toczącym się nieustannie dialogu między naturą, domem a człowiekiem… I piękne jest to, że odbywa się to mimochodem, nawet bez wiedzy człowieka.

Tym bardziej, że są to materiały lokalne. Bardzo nam zależało, żeby drewno, które jest w domu, pochodziło właśnie stąd, żeby było częścią tego miejsca. Mamy zaprzyjaźnionych stolarzy, którzy są w stanie wykonać wszystko, co sobie człowiek wymarzy. I do tego szybko realizują wizje, co akurat jest dla mnie ważne, bo jestem człowiekiem niecierpliwym…

Mówiłam – ogień!

Tak, lubię szybko zobaczyć kształt tego, co istniało tylko w wyobraźni.

Czy stojąca na stole drewniana miska też jest autorstwa miejscowych stolarzy?

Ta miska została stworzona przez naszego przyjaciela Kubę Kamińskiego, który tutaj na sąsiedniej górze, też jakby magicznej, o nazwie „Złota Górka”, ma swoją pracownię. Na co dzień mieszka w Wiedniu, a tu tworzy przepiękne rzeczy, na przykład lustra… Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale lustro na piętrze jest właśnie przez niego wykonane. Drewniane meble na zewnątrz, które przypominają trochę łupinkę orzecha, są też jego projektem. Kiedy Kuba przywiózł nam ten stolik, wpatrywałam się w niego i nagle zobaczyłam twarz.

Myślę, że on też mógł to zobaczyć.

Powiedział mi, że każdy dostrzega tam to, co mu w duszy gra, ale my zobaczyliśmy chyba podobne rzeczy. To właśnie jest niezwykłe, że Kuba przyjeżdża i potrafi zrobić coś specjalnie dla nas, dla tego miejsca… Często też go polecamy, bo jest świetnym artystą.

Niesamowite. Jeśli więc ktoś chciałby się przejrzeć w tym lustrze-stoliku i sprawdzić, co sam zobaczy, to jest taka możliwość!

Latem twarz była wyraźna. Nie wiem jak po zimie, bo mogła trochę zmarznąć…

Miejsce, do którego się powraca, staje się oswojone. Czy uważasz, że taka znana przestrzeń może sprzyjać PODRÓŻOWANIU GŁĘBOKIEMU, o którym mówiłyśmy wcześniej? Sama w przeszłości łapałam się na tym, że „odhaczałam” zabytki tego świata, ale powoli wkraczam w etap powrotów do znanych mi miejsc. Czy uważasz, że przestrzeń, do której można powracać i spoglądać na ten sam widok o różnych porach roku i ciągle dostrzegać coś nowego, sprzyja odkrywaniu również własnego wnętrza?

Myślę, że tak – goście przyjeżdżają tu głównie po to, by pobyć ze sobą, razem, ale też w samotności, sami ze sobą… I to jest to „odhaczanie” siebie.

Ważne jest też to, że jest tutaj kominek, który, choć już trochę dogasa…

Ale nadal czuć na plecach ciepło!

Jest to jakaś magia ognia i innych żywiołów. W człowieku jest coś takiego, że lubi patrzeć w wodę – w poruszające się fale, w ogień, który tak niesamowicie hipnotyzuje, że możemy przenieść się w inną przestrzeń… Znów można by powiedzieć, że czas się rozciąga… Chyba warto otworzyć się na takie doświadczenie…

I w ogóle na żywioły. Na wodę, na ogień, ziemię, powietrze – na pierwotne doświadczenia, których nie mamy okazji w tak dużym stopniu na co dzień doświadczać w miastach. Chociażby taki komfort, że można zanurzyć stopy w chłodnym strumieniu, a potem przejść się boso po olbrzymiej łące. Są to takie doznania, na które nie mamy czasu, bo chcemy zobaczyć Paryż, Berlin, Tokio, a nie mamy zaspokojonych podstawowych potrzeb.

Jest to chyba też naukowo wyjaśnione, że chodzenie boso sprzyja „uziemianiu” i pozwala wszystko, co złe oddać ziemi[2]. Wasze miejsce pozwala nabrać dystansu i zachować balans między ciałem i duszą. Nawet nie trzeba wiedzieć, w jaki sposób to się dzieje, a akumulatory i tak się ładują.

Tak, z resztą w zimę możesz jeździć tu na nartach i uprawiać inne sporty zimowe.

A jaki jest Twój własny stosunek do natury?

Ja jestem po prostu częścią natury. Czuję się jak kamień albo jak drzewo. Często przepadam jak kamień lub potrafię szumieć jak drzewo. Mam takie głębokie przekonanie, że jestem częścią natury. W tym miejscu czuję się więc w pełni sobą.

I ogień w środku…

Tak, ale potrafię też sobie wylać kubeł zimnej wody na głowę.

Znów spotkanie żywiołów!

Na co dzień mieszkasz w Warszawie, ale często jesteś również tutaj, w Beskidach, by być blisko gości. Czy dostrzegasz jakieś różnice w zachowaniu ludzi lub też wychowaniu dzieci w stolicy i na wsi?

Bardzo wiele jest takich różnic. Często przyjeżdżam tutaj z córką, jesteśmy tutaj prawie w każdy weekend. Weronika ma przyjaciół po drugiej stronie rzeki. Mieszka tam również jej przyjaciółka z dzieciństwa. Różnice są widoczne w podejściu do wychowania, do tego jak spędza się tutaj czas. W otoczeniu natury jest więcej swobody, luzu, dzieci sobie biegają, załatwiają swoje sprawy i nie myślą o tym, że jest już godzina 17, że o tej porze w Warszawie zaczynają się dodatkowe zajęcia. Czas po wyjściu ze szkoły jest tylko dla nich. Żyjąc w Warszawie, jest się w pewnym kieracie. Czas trzyma nas w pancerzu, spina jak w zbroi czy gorsecie.

To chyba tak jak z podróżowaniem i odhaczaniem rzeczy. Czas jest tak szczelnie wypełniony, że nie pozostaje nam miejsca na przygodę, na coś, co może zdarzyć się nieoczekiwanie, a co może być znacznie lepsze od naszego planu, tylko że sobie na to nie pozwalamy.

Tak samo jest z dziećmi, które mają czas, by otworzyć się na doświadczenie, które w danym momencie je spotyka. Ilość zajęć, na które uczęszczają dzieci w dużych miastach, niestety odbiera im swobodę. Nie ma po prostu czasu, żeby się nudzić. Nuda jest ciągle zabijana różnymi rzeczami – mniej lub bardziej produktywnymi. Tutaj natomiast nuda jest twórcza. Obserwowałam to przez wiele lat. Kiedy Weronika była jeszcze małym dzieckiem, chętniej pisała bajki, własnoręcznie je ilustrowała, pisała wierszyki, czy tworzyła śmieszne komiksy. Pobyt w Warszawie skutecznie zabija te wszystkie pasje, moce twórcze słabną… Ożywają później w trakcie wakacji, kiedy nadchodzi czas rozciągający się jak guma.

To też pokazuje, jak ważna jest przestrzeń, w której się przebywa. Gdy jesteśmy w miejscu, które jest otwarte – nawet w dosłownym znaczeniu relacji przestrzennych – wpływa to na umysł człowieka. Mówi się, że Rosjanie mają otwartą duszę [ros. dusza naraspaszku]… Bardzo często dlatego, że żyją w otwartej przestrzeni, którą „wypełniają” niejako swoim wnętrzem. Niejednokrotnie zakrapianym alkoholem, ale też twórczością, wielką rosyjską literaturą. Wydaje mi się, że szczególnie dla ludzi z dużych miast takie oswojone miejsca, miejsca „z duszą” pozwalają podładować twórcze siły, czy zyskać inne spojrzenie. Sama staram się tego szukać i wydaje mi się, że Twoje miejsce spełnia chyba wszystkie „wymogi” niezbędne do tego, by mógł nastąpić powrót do sił witalnych i twórczych człowieka.

Myślę też, że duże znaczenie ma otoczenie. Goście, którzy nas odwiedzają często mówią, że gdy wychodzą na spacer, nagle ktoś zaczyna z nimi rozmowę, która wygląda tak, jak gdyby znali się od lat. Ludzie są tutaj życzliwi i otwarci. Są też ciekawi przybyszów z dużych miast, którzy stają się dla nich szczególną kategorią ludzi, od których można się dowiedzieć „tego i owego”. Podobnie jest, kiedy goście idą do restauracji lub do oberży. Podkreślają, że jest tam bardzo miła obsługa, która każdego traktuje wyjątkowo, co dziś już rzadko się zdarza.

Rozmawiając z Tobą, odnoszę wrażenie, że jesteś osobą, która żyje pełnią życia. Czym według Ciebie ona jest?

Pełnia życia? Myślę, że to jest taki stan akceptacji samego siebie, tego kim się jest, skąd się przyszło, pogodzenia się z tym, co przynosi każdy etap życia. Niewalczenia z oznakami starzenia się, upływu czasu… Uznanie, że po prostu tak ma być. Trochę taki stan jak woda – to dobrze oddaje mój stosunek do życia. Płynąć i tyle… Nie próbować machać rękami pod prąd…

Wydaje się, że jak się potrafi płynąć z prądem, to wszystko układa się gładko.

Trafiają się wiry i głębiny, ale trzeba to zaakceptować. To jest właśnie ten stan.

Taka pełnia życia to chyba również z jednej strony akceptacja, a z drugiej gotowość na stawienie czoła wirom. Gdy jest się w dobrym stanie psychofizycznym, to mamy siłę, która pozwala zawalczyć, gdy wpłyniemy w taki wir.

Ale czasami możesz zawalczyć, trwając. Myślę, że to jest jedna ze strategii, która według mnie jest bardzo skuteczna. Strategia drzewa, które trzyma się mocno korzeniami ziemi. Na przykład sosna, która stoi pionowo, wyprostowana. Jest też taki plakat Olbińskiego, na którym korzenie mają taką samą wielkość jak korona. Gdy patrzę na drzewa, często mam go przed oczami. Z resztą nawet ostatnio spotkałam Olbińskiego, gdy wracałam z Potoczówki. Minęliśmy się w pociągu i chwilę pogawędziliśmy.

Rafał Olbiński. Źródło

Chyba przyciągasz takie osoby! Odbyłaś pieszą podróż do Camino, ale też podróżujesz pociągami. Jak określiłabyś Twój stosunek do podróży?

Uwielbiam podróżować. Nie lubię być w jednym miejscu. W ciągu roku bardzo często gdzieś wyjeżdżam – w podróże służbowe albo prywatne. Nie odhaczam zabytków, mam to już za sobą. Mam już ten komfort, że gdy przyjeżdżam na przykład do Florencji, to wszystko sobie odpuszczam, Kampanile, Duomo… Idę do Galerii Uffizi i patrzę sobie przez okno albo wybieram jeden obraz Botticellego i patrzę tylko na niego. Nie muszę zwiedzać wszystkich sali. To jest właśnie moje podróżowanie. Nawet jeśli są to wyjazdy krótkie, są one bardzo powolne. Zatrzymuję się w jednym miejscu i mam je świetnie „oswojone”.

Jakim środkiem transportu zazwyczaj podróżujesz?

Jeśli są to dalekie podróże, to samolotem, choć ostatnio bardzo często jeżdżę koleją. Jest to też dla mnie dużo przyjemność wynikająca z możliwości spotkania ciekawych ludzi.

Fenomen podróży pociągiem to kolejny ciekawy temat. Pomijam już fakt, że mówi o tym pośrednio film Jerzego Kawalerowicza „Pociąg”, ale pozostając przy metaforze kina, warto zauważyć, że jest się „przytwierdzonym” nieruchomo do siedzenia, a obraz przed oczami się zmienia. To też moment, kiedy można wyłączyć umysł, a myśli płyną swobodnie, razem z obrazami za oknem.

Wielokrotnie łapałam się na tym, że podróż kilkugodzinną spędzałam z jedną myślą, która gdzieś tam krążyła i w tym hipnotycznym stukocie kół była rozpracowywana. Podróżowanie pociągiem daje poza tym to, co zabiera samolot. Nie tracimy relacji przestrzennych, dostrzegamy płynność granic, widzimy jak subtelnie zmienia się architektura.

Same dworce kolejowe mają coś w sobie, czego nie ma na lotniskach, które teleportują pasażerów często do innych stref klimatycznych, a po wyjściu uderzają fale gorąca albo zimna.  Na dworcach lokalni mieszkańcy mieszają się z podróżnikami, ci drudzy wtapiają się w tłum. Przejście jest o wiele bardziej płynne.

Chciałoby się, by ta podróż trwała i trwała… Ja też tak często mam w podróży. Albo mam sytuację pierwszą, czyli swobodny strumień świadomości, kiedy wszystko przepływa jak obrazy za oknem, albo podróżuję z kimś, kogo właśnie spotkałam, kto mnie tak wciąga w rozmowę, że zupełnie zapominam, że za chwilę muszę wysiąść. Naprawdę nie raz zdarzyło mi się dojechać do Żywca, zamiast wysiąść w Bielsku na stacji, więc później musiałam nadrabiać spory kawałek.

Jest coś uroczego w takich błędach. Staram się podchodzić do takich przypadków pokornie. To jest chyba piękno podróży. Może tak miało być? Może wszystko potoczyło się lepiej niż sama sobie zaplanowałam…

Wspomniałaś o dworcach. Ja też bardzo je lubię. Zasmakowałam w nich. Mam takie dworce, gdzie lubię sobie zjeść bigos, czy coś czego na co dzień nie jem, a nie jest to jakieś danie wyszukane, ale potrafi smakować pierwszorzędnie.

W kolei transsyberyjskiej po drodze zjada się rzeczy przygotowywane przez tzw. babuszki – pierogi, naleśniki, swojskie dania…Po drodze możemy kosztować lokalnych produktów i przez to poznawać kulturę.

Też mi się to zdarzyło, gdy jechałam do Moskwy koleją przed wieloma dziesiątkami lat, wchodziły babuszki z pierogami. Pamiętam też smak zupy solianki[3]. Już nigdy nie udało mi się zjeść czegoś podobnego w smaku.

Podróżowanie po Rosji to w ogóle osoby temat. Jest przecież cała książka Jerofijewa o podróży z Moskwy do Pietuszek, gdzie każdy rozdział to kolejna stacja na trasie. Podróżowanie Rosjan często ma trzy wymiary: fizyczny, duchowy i mistyczny. Zakrapiane alkoholem, ale dotykające duchowości, istoty człowieka.

Stasiuk też dużo pisze o podróżowaniu na Wschód. Nigdy nie znosiłam w literaturze opisów przyrody, a u niego są one piękne – współgrają ze stanami wewnętrznymi człowieka. To doskonała harmonia tego, co na zewnątrz i tego, co w środku.

Z kolei Stendhal pisał, że dzieło sztuki jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu i przedstawiającym to, co odbija rzeczywistość. Człowiek, będąc elementem tej układanki, też jest takim lustrem. To, co jest na zewnątrz, atmosfera, kolory, wpływa na wygląd człowieka, decyduje o jego ubiorze, czy wreszcie ma znaczenie dla jego stanu psychofizycznego. Chyba trochę tak jest, że podróżowanie samolotem, odbiera nam to doświadczenie.

Tak, ale później jest duża przyjemność, bo mamy więcej czasu na miejscu. Wszystko ma swoje plusy i minusy, ale chyba taka prawdziwa podróż to jest taka leniwa, spokojna… Tak jak zdarzało mi się w drodze do Camino. Zatrzymuję się tam, gdzie chcę, gdzie czuję jakąś dobrą energię, trafiam na ciekawych ludzi. Chodzi o wybór, którego się dokonuje, kiedy i gdzie się zatrzymać.

Wspaniała wolność. Podróż z przewodnikiem, czy nawet według własnego planu, kiedy sami jesteśmy sobie cenzorami czasu, powoduje, że możemy czuć się skrępowani…

A podróżowanie nocą? Kolejny ciekawy temat. Mnie się często zdarzało podróżować nocą w drodze do Camino, bo w ciągu dnia były straszliwe upały. Kiedy się wyruszało, było jeszcze rozgwieżdżone niebo, wszystkie zmysły były wyostrzone i trzeba było sobie radzić. Ja akurat działam bardzo intuicyjnie, nie używam map i „idę na czuja”. W nocy często jest to dużym ryzykiem! (śmiech)

To prawda!

Ale zawsze pojawia się jakieś światełko w tunelu. Ktoś, kto nagle wyrasta z jaką lampeczką, czołówką, do kogo można się przyłączyć i staje się twoim przewodnikiem. Wtedy poznałam pewnego Szwajcara, który zaprosił mnie na śniadanie, gdy już się rozwidniło i zobaczyliśmy w końcu swoje twarze. Z resztą do dziś przysyła mi książki, pocztówki, listy. Niezwykle ciekawe są te znajomości, które tam zawarłam.

Nie pytałam Cię jeszcze, ile lat temu odbyłaś tę podróż?

Dwa lata temu.

To całkiem niedawno… A powiedz, kiedy nastąpił ten moment oddzielenia: „okej, wszystkie zabytki, które chciałam zobaczyć, mam odhaczone, teraz mogę odetchnąć i wracać do wybranych miejsc”.

Myślę, że to jest naturalny moment w życiu człowieka, kiedy wchodzi w fazę dojrzałości i pewnych rzeczy już nie musi robić. Nie musi się spieszyć, wiedzieć wszystkiego… Bo po co? Jest to moment przewartościowania, który przychodzi w pewnym wieku, choć dla niektórych może nie nadejść nigdy, bo z dojrzałością mamy coraz większe problemy. Warto jednak w ten etap życia wejść i zacząć go smakować, bo jest niesamowity. To jest trochę tak jak w dzieciństwie, kiedy czujemy się wolni, swobodni, niczym nie ograniczeni. Teraz też tak jest, a nawet lepiej, bo w dojrzałości ma się jeszcze większą wolność niż dziecko, a do tego wiedzę dorosłego. Możemy więc wybierać mądrzej…

To jest pewnie ten etap, kiedy nie martwią Cię już nieprzeczytane książki na półce?

Zupełnie. Jeśli przypomnimy sobie List św. Pawła: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał…”, byłbym niczym. To jest właśnie ten etap, kiedy nie ma znaczenia, jaką masz wiedzę, ile znasz języków, bo naprawdę, nie znając żadnego, możesz się świetnie dogadać.

Moja mama, która odwiedzała mnie we Włoszech, świetnie dogadywała się z moją przyjaciółką z Albanii, która mówiła po włosku. Gdy obserwowałam je z daleka, nigdy bym nie powiedziała, że nie mówią w tym samym języku. Śmiały się, były tak zadowolone, że są ze sobą… To tak jest, że w pewnym momencie można sobie wszystko odpuścić, a na pewno nasze ambicje. Wiedza, że nie trzeba zdobywać kolejnych tytułów, stanowisk, wspinać się po szczeblach, bo to nie daje poczucia szczęścia, była dla mnie olśnieniem. Poczucie szczęścia prędzej można odnaleźć tutaj.

Ktoś kiedyś powiedział, że aby być szczęśliwym trzeba chcieć jak najmniej. Chodzi o obniżenie sobie wymagań, ale mam wrażenie, że jest to możliwe dopiero na konkretnym etapie, gdy osiągnie się już pewną stabilizację. Nie chodzi o zadowolenie się marazmem, czy niskimi ambicjami, lecz o coś w rodzaju „arystokratyzmu ducha”, jak kiedyś określił ten stan Zanussi. Czyli na przykład, jedz mało, ale wartościowe produkty…

Mniej znaczy więcej… My nie mamy tego w naszej kulturze. Gdy przeciętny Polak idzie do restauracji, to oczekuje, że na talerzu będzie dużo. Jeśli tak nie jest, to restauracja jest kiepska. Natomiast we Włoszech, czy we Francji – mniej znaczy więcej. Jeśli na talerzu jest mniej, to pewnie dlatego że są tam bardzo dobrej jakości produkty. Właśnie wtedy można delektować się jedzeniem. To się nie uda, jeśli człowiek będzie tylko pochłaniał bez zastanowienia duże porcje.

W Potoczówce uczę, czy raczej zachęcam do tego, by rozsmakowywać się w chlebie. Jest tutaj genialny chleb w okolicy, wypiekany przez lokalną piekarnię, która działa od XIX wieku. Gdy przywożę taki bochen chleba gościom, jest wielkie „wow”, że w ogóle w Polsce jeszcze się takie chleby piecze. Można go jeść zwyczajnie z masłem i solą. Nic więcej nie potrzeba. Na wyjazd goście kupują po kilka bochnów.

Rozumiem, że podasz adres tej piekarni? (śmiech)

Dostaniecie nawet taki chleb! Dziś jest niedziela, więc piekarnia była zamknięta, ale jutro już działa.

Już dostaliśmy ekologiczne jajeczka!

Właścicielka rozmawia z tymi kurami, więc to naprawdę dobre, mądre jaja! (śmiech)

Słyszałam, że niektórzy puszczają kurom muzykę, ale rozmowa pewnie też ma jakieś walory uspakajające.

Rozmowa jest zdecydowanie trudniejsza. To jest łatwizna puścić muzykę! A rozmawiać z kurą?! (śmiech)

I to jeszcze miejscową! Trzeba znać lokalną gwarę!

Gdy rozmawiam z sąsiadami, to szybko wchodzę w ich gwarę. Jest bardzo przyjemna, dość prosta gwara podbeskidzka. Na przykład te głębiny w strumieniu są tu nazywane bełami. Mówi się na przykład: „idę bo beła”, czyli „idę się pomoczyć w wodzie”. Ludzie są tutaj bardzo konkretni – „tak za tak, nie za nie”.

Świetnie to rozumiem, sama jestem ze Śląska, który jest niedaleko. Ludzie też są tam bardzo szczerzy w wyrażaniu potrzeb, opinii, bez krygowania się i kamuflażu. W dzisiejszych czasach jest to szczególnie cenna wartość, kiedy wszyscy chcą być politycznie poprawni.

Cały czas maska. W płaszczyźnie językowej też jest to widoczne.

W dużych miastach tworzy się pewien trend, który opiera się na „ucieczce z miasta”. Czy mogłabyś podjąć się próby wytłumaczenia tego zjawiska?

Myślę, że jest to przejściowe. Tak naprawdę trudno jest z miasta zrezygnować, bo daje jakąś stabilizację. Obserwując Europę Zachodnią, można zauważyć, że życie koncentruje się w mieście. Dom jest zazwyczaj na weekend lub na wakacje. Fajnie, gdybyśmy dotarli do tego poziomu dojrzałości, by wybierać świadomie. Decyzje o wynoszeniu się z miasta bardzo często kończą się porażkami. Myślę, że ten trend jest związany z dużym obciążeniem, z którym człowiek w mieście nie może już sobie poradzić. Bardzo szybko pracownik korporacji czuje się wyeksploatowany.

Sporo osób ma jednak pomysł, by „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Co o tym sądzisz?

Ja osobiście nie zdecydowałabym się odciąć tak drastycznie od miasta, bo miasto bardzo mnie rozwija, stymuluje, daje mi szansę na realizację różnych projektów i poznawania świetnych osób. Mam wszystko na wyciągnięcie ręki: dostęp do teatrów, kin, opery, muzeów. Zachowanie równowagi w rozwoju też jest bardzo ważne. Nie chodzi więc o to, by okopać się w jakiejś wiosce, ale też utrzymywać kontakt z tym, co nas otacza, z innymi ludźmi. W dzisiejszych czasach nie jesteśmy niestety samowystarczalni…

To jest chyba cały czas szukanie kompromisu między życiem naszych pradziadków – trend slow life, zdrowe odżywianie – a życiem w XXI wieku. To też zmaganie się z niemożnością rzucenia wszystkiego i wyjechania w te przysłowiowe Bieszczady. Być może złotym środkiem są miejsca, których powstaje w Polsce bardzo dużo, takie jak „Potoczówka”, gdzie można sobie przypomnieć, jak żyć, trochę zwolnić, przewartościować codzienne czynności i wrócić do „normalnego życia” z całkiem innym nastawieniem. To chyba całkiem dobry pomysł.

Myślę, że to nawet bardzo dobry pomysł, żeby te skrzydła połamane, z których lotki powypadały, trochę wyprostować, a potem wrócić i lecieć dalej.

Już zmierzając do końca, bo coraz cieplej się robi przy tym kominku, chciałabym zapytać, czy jest jakaś cecha, którą musiałby posiadać człowiek, pragnący pójść Waszym śladem i stworzyć takie miejsce?

Pracowitość. To wszystko wymaga dużo pracy, myślenia… Aby goście czuli się naprawdę wyjątkowi, potrzebne jest specjalne podejście do każdego gościa. Jedni są bardzo otwarci, a inni mniej – mają zupełnie inne potrzeby. Gospodarz powinien więc posiąść tę umiejętność rozpoznawania potrzeb, by wiedzieć kogo jak potraktować. Chodzi o to, by każdy wyjeżdżający poczuł się wyjątkowo, by został szczególnie zapamiętany.

To chyba też empatia i wrażliwość… Cechy, które wydają się typowo kobiece.

Nie wiem, czy kobiece. Chyba w ogóle niewspółczesne, bo dziś empatia i wrażliwość, to nie jest dobra strategia na przetrwanie. Ale miłe jest to, że gdy żegnam gości i zaczynamy rozmawiać, to oni nie chcą wyjeżdżać, tylko ciągle rozmawiamy i pytają samych siebie z pretensją dlaczego ja dopiero teraz tutaj przyjechałam? (śmiech)

Ale to też jest znamienne, że miejsca wynajmowane przez słynne portale, często są bezosobowe. Mogą funkcjonować bez udziału właściciela. Zazwyczaj znajdziemy tam specjalną skrytkę, skąd pobiera się klucze, a później zostawia w tym samym miejscu. Taki system jest dobry, gdy ktoś „odhacza” punkty na mapie i po prostu szuka noclegu. Lokal sam w sobie może być ładny, może mieć wspaniały widok na starówkę, ale brakuje „tego czegoś”, co jest tu, a co jest tak naprawdę istotą.

To tak, jakby w raju nie czekał na nas Bóg.

Świetne porównanie. Ostatnie pytanie, czy mogłabyś udzielić „złotej rady”, jeśli chodzi o stworzenie takiej bądź podobnej przestrzeni?

To musi być w pewnym stopniu zwierciadło Twojej duszy. To jest odbicie Ciebie, tak naprawdę.

Aniu, bardzo dziękuję za rozmowę. Bardzo się cieszę, że mogłam tutaj być i z Tobą rozmawiać. Do następnego razu!

Ja również bardzo dziękuję. Bardzo miło mi się rozmawiało!

Jeśli jesteś właścicielem/właścicielką domów na wynajem, gospodarstw agroturystycznych i chcesz porozmawiać, przyjmij moje zaproszenie. Cały czas czekam również na opisy sytuacji granicznych, wydarzeń transformujących, które wydarzyły Ci się w życiu i rozpoczęły Twoją głęboką podróż. Bardzo dziękuję za już otrzymane wiadomości.

Mail do kontaktu to: podrozowanieglebokie@gmail.com.

Strona Potoczówki: http://www.potoczowka.pl

Facebook: https://www.facebook.com/Potoczówka-apartamenty-1385469135112642

Słuchaj podcastu wygodnie na:

Anchor

Spotify

Apple Podcast

Google Podcast

Sound Cloud


[1] Droga św. Jakuba, nazywana często także po hiszpańsku Camino de Santiago to szlak pielgrzymkowy do katedry w Santiago de Compostela w północno-zachodniej Hiszpanii. W znajdującej się tam katedrze spoczywa ciało św. Jakuba Większego Apostoła. Nie ma ściśle określonej trasy pielgrzymki, a uczestnicy mogą dotrzeć do celu jednym z wielu szlaków. Droga oznaczona jest muszlą św. Jakuba, która jest także symbolem pielgrzymów i żółtymi strzałkami. Cały szlak ma ok. 4000 km i biegnie m.in. przez Tallinn (Estonia), Kijów (Ukraina), Stambuł (Turcja), Edynburg (Szkocja), Hamar (Norwegia), Århus (Dania), Lagos (Portugalia), Sewilla (Hiszpania), Rzym (Włochy).

[2] Uziemienie – człowiek energetycznie przypomina coś w rodzaju baterii dwubiegunowej. Górna część ciała ma ładunek dodatni i czerpie energię z kosmosu. Oddychając mamy kontakt z powietrzem, pływając – z wodą, jedząc – z darami natury. Dolna część ciała ma ładunek ujemny i czerpie tę energię z Ziemi. Kiedy nasze ciało styka się z ziemią, jony powodują detoksykację organizmu, potrafią zmniejszyć stany zapalne, korzystnie wpływają na nasz wewnętrzny zegar, cykl hormonalny i rytm fizjologiczny. Najlepsze rezultaty w pozbyciu się negatywnych jonów osiągniemy, jeśli połączymy siłę nóg z wodą. Właśnie dlatego tak dobrze czujemy się, spacerując boso po plaży.

[3]Solianka, rosyjska, tradycyjna zupa, wbrew swojej nazwie, nie jest słona, a kwaśna za sprawą kiszonych ogórków, zawiera wiele rodzajów mięs.  Oryginalny dodatek stanowią w niej oliwki i kapary. Jest gęsta i wyrazista, często serwowana z dodatkiem śmietany.

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

Leave a Reply