0
Inspiracje Podróżowanie głębokie

Połóg jako święto

Niedawno zostałam zapytana przez koleżankę, fizjoterapeutkę uroginekologiczną, o połogowe doświadczenia. Co mi pomogło? Co było wspierające? Ten krótki wpis w komentarzu skłonił mnie do zapisania wspomnień z okresu połogu, póki jeszcze są świeże i mogą pomóc odczarować ten owiany tajemnicą dla pierworódek czas zaraz po narodzinach dziecka.

Zacznę od tego, że nastawiłam się na naprawdę trudny okres. Przez lata spotkałam wiele kobiet, które potwierdzały, że było ciężko, hormony, brak snu, życie wywrócone do góry nogami. Wytoczyłam więc zawczasu „działa bojowe” przygotowana na życiowe starcie – ja kontra połóg. Pies zaopiekowany, zakupy zrobione, mąż w gotowości do codziennej, co najmniej miesięcznej służby.

Chcąc być w pełni szczera, przyznam, że po powrocie do domu, pierwszy dzień był… dziwny. Huśtawka nastrojów – od euforii do lamentu. Jeszcze niezagojone poporodowe rany. Najdrobniejsza rzecz powodowała wyolbrzymioną reakcję emocjonalną. Płakałam przez kilkanaście minut ze szczęścia, gdy Franciszek pierwszy raz, długo i nieprzerwanie ssał pierś, podczas gdy wcześniej popłakiwałam z bezradności, że jest to dla niego takie trudne… Nie zapomnę też dnia, kiedy, patrząc prosto w oczy, obdarzył mnie pierwszym uśmiechem. Takie chwile sprowadzały niebo na ziemię.

Podszepty wewnętrznego krytyka

Pierwszy tydzień obfitował też w niedowierzanie, że tak jak teraz, będzie zawsze, że już nigdy nie będę miała czasu tylko dla siebie. Teraz już wiem, że „zawsze” i „nigdy” to najwięksi wrogowie kobiety w połogu. Nie dajcie się zwieść ich iluzji!

Pierwszy wspólny spacer w cudowny ciepły, choć marcowy dzień, zrobił miejsce w mojej przestrzeni mentalnej na nowe wyzwania. A gdyby tak tym razem wyprowadzić siebie na dwór? Chociaż na godzinkę? Sprawdziłam ten pomysł dość szybko. Misja zakończona sukcesem. I tak siły „nigdy” i „zawsze” powoli słabły. Później po troszeczku wydłużałam ten czas rozłąki niczym maratończyk, który za każdym razem pobija o kilka sekund swój życiowy rekord.

Od początku musiałam również zająć stanowiska wobec własnego wewnętrznego krytyka, który nasiąkł już głosami krytyków realnie istniejących w świecie zewnętrznym, odnośnie do bycia dobrą – złą – odpowiedzialną – nieodpowiedzialną matką. Jak pozbyć się wyrzutów sumienia, że już w połogu wychodzę z domu sama? Czy nic się dziecku nie stanie? Czy jest bezpieczne? Czy mogę w pełni zaufać mężowi, że sobie poradzi?  Pomału przez pierwszy miesiąc uczyliśmy się tego – tata bycia z synem i uwierzenia, że sam potrafi go uspokoić, utulić, nakarmić (jeśli mama zostawi pokarm;), a ja, że jest w dobrych rękach. Myślę, że również Franio miał swoje lekcje, że mama może na chwilę zniknąć z pola widzenia/czucia i nie się złego nie dzieje. Jest bezpieczny i kochany.

fot. Ewa Lena Brozowska

Pragę zauważyć, że pomimo stworzenia atmosfery intymności, spokoju i domowej ciszy, która polegała głównie na tym, że daliśmy sobie dwa tygodnie tylko dla siebie, bez odwiedzin, publikowania i czytania mediów społecznościowych itp., gdzieś w głowie kołatały się myśli nie moje, lecz „zewnętrznych ciotek, babek i prababek”, których celem było podburzenie autorytetu matki/ojca. To bardzo ważne, żeby nauczyć się nie tyle je ignorować, co wzmacniać siebie samą/samego afirmacją: „jestem najlepszą matką/ojcem dla mojego dziecka i wiem, co dla niego najlepsze”. Oczywiście nie mam na myśli biernego powtarzania takiego frazesu, ale proces realnego uczenia się bycia wystarczająco dobrą i dobrym. Funkcjonowanie w trybie: „nie wiem, ale uczę się jak najlepiej odpowiadać na potrzeby mojego dziecka”, z czasem bardzo podnosi pewność siebie i przygotowuje na konfrontację ze światem.

Niestety nie da się uniknąć „złotych rad” całej „wioski” odnośnie do wychowania własnego dziecka. Zauważyłam, że kobiety, które urodziły choć jedno, a tym bardziej dwoje, czy troje dzieci, uważają, że posiadły już wystarczające kwalifikacje – odpowiednio licencjat – magistra bądź profesurę z wychowania potomstwa. Najlepsze jest to, że zdecydowana większość udziela tych rad, jak twierdzi, dla naszego dobra, a w istocie – nie mogę wyzbyć się wrażenia – że robi to łechcąc swoje własne, już tak doświadczone w tej materii ego. „Nie noś w chuście, bo bioderka, włóż do wózeczka, ale nie kołysz, bo się przyzwyczai, wózek jest zły, nie noś tyle na rękach, bo je rozpieścisz, załóż czapeczkę, zdejmij skarpetki, niech śpi samo, niech śpi z wami, budź na karmienie itp. itd.”

Połóg był dla mnie czasem, kiedy uczyłam się ze spokojem podchodzić do głosów zewnętrznych krytyków, bo wyczuliłam własnego wewnętrznego cenzora, jak oddzielać ziarno od plew. Niekoniecznie ignorować rady, ale zaprząc swoją intuicję do słuchania tylko tych, które z pewnością przysłużą się dziecku. Jakie to rady? Tu już w magiczny sposób działa instynkt macierzyński.

Potrzeba wioski, by wychować dziecko

Z drugiej strony zaistnienie tej „wioski” jeszcze w połogu było bardzo ważne. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i, jak mówi afrykańskie przysłowie, „potrzeba wioski, by wychować dziecko”. Zupełnie inaczej płynie czas, gdy siedzi się z koleżanką na kawie, czy na rodzinnym obiedzie, robiąc sobie przerwy na karmienie, ale jednak, będąc ciągle wśród ludzi, a zupełnie inaczej, kiedy izolujemy się w domowej jaskini. Jakież to ułatwienie, kiedy w pobliżu jest tyle chętnych rąk do noszenia!

Moje połogowe doświadczenie pokazuje, że najlepiej spędzaliśmy czas, będąc z dzieckiem w świecie. Franio albo spał wtulony w nasze ramiona, albo podziwiał otaczającą go i zmieniającą się nad jego głową przyrodę, jeśli akurat był w wózeczku, a rodzice mogli z powodzeniem dzielić uwagę między nim a innymi dorosłymi lub swoimi ulubionymi aktywnościami – jak czytanie, pisanie czy granie w gry (w przypadku taty;)

Połóg to czas, kiedy oczy patrzą inaczej i doceniają malutkie dary codzienności. Czas, kiedy miłość zaczyna przypominać boską, nieuwarunkowaną żadnym zobowiązaniem, czystą i bezgraniczną.

Myślę, że w relacji dziecko-rodzice przestrzeń, na ile możemy sobie pozwolić, dzieli się po równo. To szukanie balansu miedzy naszym i jego „chcę i mogę”. Nigdy nie powiedziałabym, że dziecko mi na coś trwale nie pozwala. Jeśli coś takiego może się pojawić, to przy obecnym stanie wiedzy, chociażby  z zakresu neuroterapii, na pewno można znaleźć przyczynę problemu i się go pozbyć w terapii. Oczywiście nie mówię tu o poważnych chorobach, ale o tzw. normalności, która też może mienić się tysiącami odcieni. Można powiedzieć, że cały przebieg ciąży ma wpływ na jakość połogu. Ogromnie dużo zależy od stanu wyjściowego – zarówno fizycznego, jak i psychicznego – kobiety jeszcze na długo przed zajściem w ciążę.

Dla mnie niezwykle istotne było świadome bycie w ruchu już na rok przed planowaniem dziecka. Ta podróż, która wciąż trwa, gdyż kończę właśnie proces certyfikacji na trenerkę języka ruchu i świadomej pracy z ciałem, pozwoliła na stałe wglądy w toczący się wewnątrz proces – w czasie ciąży – podwójnie intensywny. Nie wspomnę już o aspekcie praktycznym, czyli tańca narodzin – świadomego ruchu w porodzie, słuchania własnego ciała i jego mądrości. Równie pomocne było kształcenie się w zakresie trenera EFT (technik emocjonalnej wolności). Dyplom uzyskałam na miesiąc przed porodem, a więc wszystkie pojawiające się przez okres ciąży problemy, w tym stres związany z porodem i połogiem, mogłam na bieżąco „opukiwać”, docierając do ich źródeł i się od nich uwalniać.

Połóg jako święto

Mogę z czystym sercem powiedzieć, że połóg, jeśli spojrzeć na niego jak na dziesiąty miesiąc, był jednym wielkim świętem, które zaczęło się po powrocie do domu i przez kolejne dni było celebrowaniem życia, które jest już trzymane w rękach, odłączone od ciała matki, a jednak wciąż z nim połączone. Był to okres nauki bycia w nowym, które w przypadku małego dziecka dzieje się codziennie, ale też spijania śmietanki z czasu tylko dla nas, kiedy nie musimy pracować, a po prostu być jako rodzina, czy zajmować się tym, co każdy z nas lubi najbardziej. Czas radości z takich sukcesów jak podniesienie główki czy pierwsze wydawane przez dziecko odgłosy. Czas, kiedy oczy patrzą inaczej i doceniają te malutkie dary codzienności. I wreszcie czas, kiedy miłość zaczyna przypominać boską, nieuwarunkowaną żadnym zobowiązaniem, czystą i bezgraniczną.

Ciekawa jestem Waszych połogowych doświadczeń. Może zechcecie się nimi podzielić w różnych przestrzeniach podróżowania głębokiego?

Życzę Wam, aby połóg był dla Was pięknym świętem!

Może Cię zainteresować:

Czym mogą być narodziny do roli matki?

Dbam o innych, dbając o siebie

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

Leave a Reply