0
Inspiracje

Opowieści w drodze. Niepokój. Rozdział IV.

„Wszyscy są sobie równi” – głosił napis na karykaturalnym obrazku przyklejonym do pokoju pielęgniarek. Przedstawiał on różne typy ludzi: grubych, chudych, wysokich, niskich, leżących jeden obok drugiego pod kołdrą.

Jedni umierają, zaraz gdy się urodzą a inni dożywają późnej starości. Jedni radzą sobie świetnie obdarowani zdrowiem i talentami, inni ledwie wiążą koniec z końcem. Tak wygląda sprawiedliwość widziana przez drzwi do szpitalnej sali. Równi jesteśmy dopiero na łożu śmierci – Ina komentowała w myślach obrazek.

Dawne urazy, nierozpracowane traumy zamieniają się w śmiertelne choroby, a człowiek mówi, że ludzie ludziom zgotowali ten los… Znany z fizyki efekt obserwatora odnosi się do zmian, jakie sam akt obserwacji wprowadza do obserwowanego zjawiska. Jeśli przeszłość istnieje w teraźniejszości, tak jak przyszłość istnieje w pamięci, spojrzenie na nią z naszego dzisiaj już zmienia cały układ. Przeczytała kiedyś, że zmiany zaczynają się w świadomości, ale bez wiary w możliwość zmiany świadomość jest jak ptak pozbawiony jednego skrzydła. Idąc korytarzem, Ina zajmowała swój mózg rozmyślaniami o determinizmie i wolnej woli, gdy nagle ujrzała w jednym z pokojów Adama. Był podłączony do kroplówki i wydawało się, że śpi. Usiadła więc przy nim i obserwowała chwilę jego ciało. Po chwili mężczyzna odezwał się, nie otwierając oczu:

– Kiedy miałem dziesięć lat, moi rodzice ciągle się kłócili. Było mi za nich strasznie wstyd. Najbardziej nie lubiłem chodzić z nimi na uroczystości rodzinne, bo wiedziałem, że nastąpi na nich krępująca cisza w obliczu potyczki słownej staruszków. „Nie przy dziecku” – mówił wujek.

Czułem się, jak ofiara, którą należy chronić, a przecież zawsze chciałem być wojownikiem! Uwielbiałem filmy o samurajach, którzy samotnie przemierzali góry i perfekcyjną techniką byli w stanie pokonać wroga. Tylko ich dobra wola sprawiała, że nie zadawali śmiertelnego ciosu ofierze. Przytwierdzony do ziemi pokonany od tamtej chwili już zawsze rozpowiadał o wielkim miłosierdziu i drugiej szansie, jaką dostał od legendarnego wojownika.

-Wiesz, jak się teraz czuję? – Adam otworzył oczy i spojrzał na Inę.

Jak pokonany, któremu po raz kolejny Pan okazał miłosierdzie… Z litości. Popatrzył na małego Adasia, wejrzał na jego przeszłość, poklepał po pleckach, otarł łzy i powiedział: „Wstań i idź”. A wiesz, czego ja bym chciał? Żeby w końcu zadał mi śmiertelny cios, przyparł do granicy, za którą tylko ode mnie będzie zależało, w którą stronę pójdę, żeby był względem mnie bezlitosny, żeby w końcu przestał mnie chronić…

Ina słuchała, nie wiedząc, co powiedzieć. Niespodziewanie zadała jednak pytanie:

            – A teraz, w którą stronę chcesz iść?

            – Hm? Wrócę do banku i dalej będę miłym panem z okienka, życie będzie toczyć się dalej… Póki znów…

            – Nie. Pytam o to, w którą stronę teraz chcesz iść: ku życiu, czy ku śmierci?

            – Nie mam teraz takiego wyboru. Za trzy dni mnie wypuszczają.

            – Wiesz co, nie miej mi za za złe tego, co ci teraz powiem, ale uważam, że sam zadajesz sobie śmiertelny cios, a „chroni” cię nie Bóg, lecz Twoja przeszłość. Teraz rozmawiam nie z tobą a dziesięciolatkiem domagającym się opieki i bezpieczeństwa, które w dorosłym życiu zapewnia ci stabilna posadka i dobry pakiet socjalny dla bankowców.

            Adam rozchylił lekko usta, jakby chciał coś powiedzieć. Ina wyglądała na lekko zdziwioną swoją reakcją. Zupełnie jakby jej wcześniejsze przemyślenia przygotowały gotową odpowiedź na to nagłe uzewnętrznienie Adama.

            Z dyżurki wyszedł Paweł. Dynamicznym ruchem rozłożył ręce, wskazując w stronę otwartych drzwi sali, w której przebywali rozmówcy.

            – Cały czas mi uciekasz! Chodź, niech obejrzy cię specjalista.

Paweł został na sali sam, a może raczej ze słowami, które uderzyły go jak samurajski miecz.

W innym pomieszczeniu jasne światło wpadało już do prawego, a po chwili do lewego oka dziewczyny.

            – Ma pani piękne oczy… Widziałem już tysiące oczu, ale pani są takie…inne – zachwycał się lekarz.

Paweł zachichotał pod nosem, podobnie Ina, co nie umknęło uwadze doktora.

            – Ona cała jest Inna – powiedział ratownik.

Lekarz był zdezorientowany. Widząc to, nieco zawstydzona dziewczyna rzuciła szybko:

            – Po prostu tak mam na imię.

Gdy wyszli z sali, Paweł zapytał:

            – To gdzie cię odwieźć?

Ina spojrzała pytająco.

            – Przecież mówiłaś, że mam cię zabrać do domu.

            – A kto powiedział, że do mojego?

             – U mnie nie ma… Dobra, zabiorę cię gdzieś.

             – Pokażesz mi jeszcze, gdzie leży Kasia?

Po chwili weszli razem do sali numer 129. Dziewczyna leżała nieruchomo, trzymając zabandażowaną rękę na kołdrze. Jej ciemne, długie włosy kontrastowały z białą pościelą.

            – Jak się czujesz? – zapytał Paweł.

            – Trochę boli, ale daję radę. Lecicie już?

            – Mnie nic nie jest… a Pawłowi tym bardziej – powiedziała Ina z ironią.

            – Dobrze Wam… Może się kiedyś spotkamy?

            – Jasne, zapisz sobie mój numer gdybyś czegoś potrzebowała. Z resztą za dwa dni mam dyżur na tym oddziale – odparł Paweł, po czym zaczął dyktować.

            – Co z tym Anglikiem? – zainteresowała w międzyczasie Kasia.

Ina skierowała swe duże szafirowo-niebieskie oczy w podłogę. Paweł, choć nie wiedział, o kogo chodzi, odczuł, że mowa o śmierci. Kasia również posmutniała, a po chwili na jej polikach pojawiły się łzy.

Niepokój, niepokój, niepokój wypełnił szpitalną salę, gdy ta trójka zetknęła się ze śmiercią. Już przecież odbytą, minioną, opisywaną w czasie przeszłym. Gdy nikt nie patrzył, śmierć nie istniała, a Anglik dalej spozierał rubasznym wzrokiem na polskie kobiety. Gdy jednak one spojrzały na Anglika, dostrzegły, że jest im go żal, że przecież miała dzwonić do niego córka, że on przecież też kochał…

Błogosławiony niepokój. Znak, że masz jeszcze oczy, które potrafią przedrzeć się przez powłokę, by zajrzeć do wnętrza.

 Uspokój się w Panu… nie oburzaj się, zaakceptuj to, gdzie jesteś.  Numen semper adest[1], więc skąd niepokój? – myślał gość w mieszkaniu Pana w kapeluszu.


 

[1] łac. bóstwo jest zawsze obecne

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

Leave a Reply