0
Rozmowy głębokie

Jak odnaleźć własną drogę? Co jest takiego w Australii, że potrafi wywrócić życie do góry nogami? – odcinek 4

Rozmowa z Magdą Mitrofaniuk, autorką bloga i podcastu „Co robić w życiu?”, w którym w ramach doradztwa zawodowego i edukacyjnego pomaga innym odnaleźć własną drogę w życiu. W rozmowie Magda opowiada o podróży do Australii, czyli do miejsca, które wpłynęło na jej wewnętrzną przemianę i wyznaczyło nowy kierunek na jej życiowej ścieżce. Rozmawiamy także o malowaniu intuicyjnym i innych sposobach na słuchanie intuicji, własnego wewnętrznego głosu. Odwołujemy się też do obecnej sytuacji, stawiając pytanie, czy okres izolacji i zamknięcia może pomóc nam w odnalezieniu własnego powołania?

Cześć Magdo! Bardzo się cieszę, że przyjęłaś zaproszenie do mojego mieszkania. Jest mi bardzo miło, że w tych trudnych czasach udało nam się spotkać.

Bardzo dziękuję za zaproszenie, tym bardziej, że teraz możliwość wyjazdów i spotkań na mieście jest bardzo ograniczona, takich okazji jest niewiele.

Być może jednak, sytuacja, z jaką się mierzymy, pozwala skupić się na tym co istotne. Dlatego chciałbym od razu zacząć od pytania o podróż, która była dla Ciebie najważniejsza. Wiem, że w wielu miejscach opowiadałaś o Australii, czy może właśnie ona…?

Ale zaczęłaś od grubego tematu! Tak, tak, ewidentnie podróż do Australii była totalnie najgłębszą, najważniejszą podróżą mojego życia. Masz rację, mówiłam o tym w wielu miejscach, w różnych audycjach.

No cóż moje życie dzieli się pewnie na kilka etapów i jednym z najbardziej przełomowych okresów był czas, kiedy wyjechałam do Australii.

Ile czasu tam spędziłaś i mniej co robiłaś? Wiem, że imałaś się różnych zajęć, choć nie o tym będziemy dzisiaj rozmawiać, ale powiedz proszę, jak wyglądało tam Twoje życie?

To był taki czas, kiedy skończyłam studia magisterskie. Od kilku lat marzyłam już o tym, żeby wyjechać do Australii. Ten pomysł pojawił się gdzieś na trzecim roku studiów, kiedy byłam na Erasmusie we Francji. Zaczęłam wtedy dużo podróżować. Byłam totalnie zafascynowana podróżami, wszystkich wkoło tylko namawiałam, by ze mną wyjeżdżali. Do Australii nie było jednak wtedy dostać tak łatwo wizy. Dopiero kiedy skończyłam studia, weszły roczne wizy „Work and Holiday”, dzięki którym można było wyjechać i dostać pracę na pełen etat, a potem zwiedzać kraj. Dla mnie była to znacznie lepsza opcja niż wiza studencka, bo mogłam przemieszczać się dowolnie bez konieczności wracania w jedno miejsce na zajęcia.

Brzmi bardzo kusząco!

Dokładnie! Przeczytałam o tym i od razu pomyślałam: „Boże, jadę do Australii! Jak nie teraz to nigdy!”. To był taki moment, teraz myślę o tym z perspektywy czasu, że wtedy odezwała się moja intuicja. Wyjazd nie był zupełnie przemyślany, odebrałam jakby impuls i za nim poszłam.

Z tego co mówisz wynika, że jest tak, że jeśli jakiś kraj, jakieś miejsce Cię wzywa, to trzeba tam się udać, bo wtedy mogą zacząć się dziać niezwykłe rzeczy. Muszę więc Ciebie zapytać, jak nasłuchiwać takiego wołania miejsc?

Jeśli jakiś pomysł chodzi nam od dłuższego czasu po głowie, nie chce nas opuścić, wchodzimy na różne strony, czytamy teksty i oglądamy zdjęcia z jakiegoś konkretnego kraju bądź miejsca, to są właśnie te znaki, które powinniśmy zauważyć. Później odkładamy ten temat na pewien czas, ale on cały czas do nas wraca, regularnie pojawia się w naszej głowie i wraca i wraca, to może oznaczać, że póki tego nie zrobimy, nie da nam spokoju, może i za pięćdziesiąt lat, póki tego nie zrobimy. Tak też było z moją Australią. Od zawsze chciałam tam pojechać i nagle pojawiła się możliwość, otwarły się drzwi, które mówimy do mnie: „Proszę! Można!”. Odebrałam to jako znak.

Amerykańska mówczyni, Iyanla Vanzant powiedziała, że kiedy znajdziesz się w nowej sytuacji, w nowych okolicznościach, doświadczasz czegoś nowego, na powierzchnię wypływa wszystko, co wymaga uzdrowienia. Czy myślisz, że właśnie po to wyjechałaś do Australii?

Świetny cytat! Bardzo mi się podoba!
Wielokrotnie o tym myślałam, że tak że właśnie było, że ta podróż musiała mi się przydarzyć. Jestem za to bardzo wdzięczna, że miałam w sobie gotowość na to, żeby przyjąć to wyzwanie. Myślę, że zawsze tak jest, że jak odpowiadamy na ten głos intuicji, to prowadzi nas ona w miejsca i do ludzi, z którymi po prostu musimy się spotkać. Pewnie jest też tak, że jeśli udajemy się do miejsca, w którym ma być nam w pewnym sensie lepiej, to choć może tak nie być, ostatecznie prowadzi nas ono do naszego własnego szczęścia. Jeżeli robimy coś w zgodzie z intuicją, to sytuacje i zdarzenia stają się idealnie pasujące do nas. My sami stajemy się szczęśliwi, będąc w miejscach, w których powinniśmy się znaleźć. Jednak kiedy wchodzimy na tę drogę, nie musi być ona od razu usłana różami. Nie musi być łatwo, z pewnością napotkamy pewne blokady, trudności. Jednak tak już chyba jest, że aby żyć w zgodzie ze sobą, ze swoją intuicją, musimy zmierzyć się z pewnymi „trupami w szafie”, naszą ciemną stroną.

Bardzo ciekawe! Po tym, co powiedziałaś, pojawiły się w mojej głowie dwie myśli. Po pierwsze, mówiłaś, że na studiach Twoją idée fixe było masowe podróżowanie, zobaczyć jak najwięcej i jak najtaniej. Podobny plan miałaś na Australię. Zapytam zatem, jak Ci się udało zwalczyć tę pokusę „makdonaldyzacji” podróży. Po drugie, czy za takim nałogowym podróżowaniem nie kryje się mechanizm ucieczki? Duża popularność i łatwość podróżowania jeszcze przed pandemią pokazała, że to dobry i ciekawy sposób na odcięcie się od problemów i szarej rzeczywistości. Oczywiście w każdym z nas tli się jeszcze ta dziecięca iskra, która każe nam poznawać nieznane i w niektórych przypadkach potrafi ona wzniecić spory ogień, stając się życiowym celem czy nawet pracą, ale jednak w przypadku większości podróżujących w mojej głowie zawsze rodziło się pytanie, od czego oni uciekają?

Podróżowanie głębokie… Myślę, że to odwieczne pytanie, czy takie nałogowe podróżowanie to jest bardziej ucieczką czy poszukiwaniem. Pamiętam, że napisałam kiedyś nawet wiersz, w którym dosłownie było to pytanie postawione. Myślę, że to może być i jedno i drugie jednocześnie. Myślę, że w tym samym czasie przed czymś uciekamy i czegoś poszukujemy. Pewnie każdy ucieka przed czymś innym i poszukuje czegoś innego… Nie wiem… Mogę powiedzieć, jak było ze mną. Myślę, że na studiach wszyscy przeżywaliśmy takie zachłyśnięcie się tanim podróżowaniem. Spełniały się nasze marzenia z dzieciństwa! Pojadę, poznam fajnych ludzi i zobaczę wspaniałe miejsca! Mam takie wspomnienia z czasów, kiedy byłam małą dziewczynką, że siedzę nad mapą i czytałam nazwy jakiś małych wysp na Pacyfiku. Dopiero kilka lat temu odkryłam, że oglądałam wtedy Pitcairn, która leży niedaleko Australii.

Znalezione obrazy dla zapytania: kwiat na pustyni
Kwiat pustyni. Źródło

To bardzo polecam Ci książkę „Atlas wysp odległych”, która mówi o takich niewielkich, że prawie dla nas nieistniejących wyspach, o których marzymy i gdzie być może chcielibyśmy pojechać.

Ale wracając do Twojego pytania. Jak to się stało, że miałam czas na podróż głęboką w Australii. Pojechałam z biletem w jedną stronę. Nie miałam żadnego planu, poza tym, że jadę i w ogóle nie zastanawiałam się nad tym, co będzie. Pamiętam, że do 3:00 nad ranem się pakowałam, dosłownie na ostatnią chwilę, spałam tylko dwie godziny, żeby zdążyć rano na samolot. Pamiętam, że pod koniec mojego pobytu pojawiła się możliwość, by pojechać do Nowej Zelandii albo do Azji, żeby skorzystać z tego, że jest się tak blisko i będzie tak tanio. Szukając odpowiedzi, myślę sobie, że zadałaś jednak bardzo trudne pytanie. Myślę, że nie mogę powiedzieć, że nie uległam temu zachłyśnięciu się nowym miejscem, bo rzeczywiście chciałam zobaczyć jak najwięcej, to był mój główny cel, który miałam, wyjeżdżając. Ale cóż… Myślę, że rzeczywistość zweryfikowała, że nie jestem w stanie zobaczyć wszystkiego, więc pojawiła się u mnie akceptacja, że wszystkiego i tak nie uda mi się zobaczyć.

Najważniejsze dla mnie było korzystanie z dobrodziejstw miejsca, w którym byłam, ale tak na 100%, żebym nie miała poczucia, że zwiedzałam „po łebkach”. Przyświecał mi też cel, by Australię poczuć, musiałam więc pobyć w jakimś miejscu nawet kilka dni. Zdarzało się, że było mi tak dobrze, że zostawałam nawet kilka tygodni! Nie jestem też osobą, która odhacza miejsca i ma konkretny plan, więc kiedy znajdowałam miejsce piękne i bezpieczne, z dobrymi ludźmi to zostawałam. Z pewnością nie byłam w biegu. Powiem nawet, że czasami musiałam się wręcz zmuszać do tego, żeby ruszyć dalej, bo przecież jeszcze tak dużo było do zobaczenia.

Przechodzimy powoli do tej ciemniejszej części opowieści, bo oprócz pięknych widoków, nowych ludzi, zwierząt, oszałamiającej natury, o której można by w ogóle długo mówić, to był to dla mnie czas spotkania ze sobą. Jechałam tam zupełnie sama. Oczywiście cały czas spotykałam ludzi, poznałam naprawdę mnóstwo osób, ale jednak spędziłam bardzo dużo czasu sama, o wiele więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Generalnie było to doświadczenie bardzo transformujące. To spotkanie ze sobą spowodowało, że miałam już dosyć podróżowania i w pewnym momencie powiedziałam: „Ja już tu nie wytrzymam!”. Bardzo spontanicznie kupiłam bilet powrotny i nawet skróciłam mój pobyt na miejscu. Myślę, że dość ważne jest, że ostatni miesiąc spędziłam na totalnym odludziu. To chyba kluczowy moment w tej historii, o którym nigdy wcześniej nie mówiłam… Jest to dla mnie zbyt trudne i głębokie, ale też niesamowicie ważne. Miałam zaklepaną bardzo dobrze płatą pracę jeszcze na miesiąc, po której mogłabym spokojnie pozwolić sobie na podróż do Nowej Zelandii. Mogłabym więc spełnić kolejne marzenie i odhaczyć nową destynację.

A jednak stało się coś, że powiedziałam: „koniec” i i dwa dni później już mnie tam nie było.

Zanim wejdziemy głębiej w to, co się stało, dam Ci chwilę wytchnienia i podzielę się swoim spostrzeżeniem. To jest trochę tak, jakbyś wyszła na pustynię w sensie dosłownym i metaforycznym… Każdy człowiek znajduje własną pustynię. Tak wygląda pielgrzymka, że idziesz przez pewien bezkres, gdzie możesz usłyszeć to, czego nigdy wcześniej nie słyszałaś. Zastanawiam się na ile istotne w Twojej podróży było tło, czyli krajobraz Australii, przyroda. Zdaje się, że wspominałaś kiedyś, że znasz więcej osób, które Australia przemieniła.

To ja zadam tobie pytanie: czy czytałeś książkę „Biegnąca z wilkami”? To pozycja, którą bardzo polecam. Ja tak naprawdę dopiero niedawno pierwszy raz zaczęłam ją czytać, choć od dawna planowałam, ale jakoś nigdy nie czułam tego momentu. Ostatnio ten moment poczułam i po pierwszym rozdziale wiedziałam, dlaczego, co mnie ciągnęło do tej starej książki kobiety, która zebrała legendy i baśnie z różnych krajów. To opowieści o dzikiej kobiecie w nas. Pamiętam, że nie mogłam dojść do siebie po pierwszym rozdziale, który, jak mi się wydawało, mówił jakby o mojej podróży do Australii. Nawet skończył się fragmentem właśnie o pustyni, w którym czytałam, że w życiu każdy trafia na pustynię metaforyczną, a ja trafiłam na jedną i drugą jednocześnie (śmiech). Zadaniem kobiety jest przez tą pustynię przejść, w swoim tempie, w poszukiwaniu jakiegoś życia, który w książce symbolicznie przedstawia czerwony kwiat, który gdzieś w tym bezkresie rośnie. Kobieta przemierza kilometry i nigdy nie wie, gdzie ten kwiat będzie, ale nie może stracić wiary, że rośnie, że gdzieś to życie jest na pustyni. Naszym zadaniem jest iść, nie przyjeżdżać jeepem, bo może coś przegapimy. Iść i po prostu zaakceptować to, co się nam przytrafia. To co nam pomaga, gdy jesteśmy na pustyni i przybliża do życia, to symbolicznie przedstawione w książce zbieranie kości, czyli tworzenie sztuki i sztuka tworzenia. Malowanie, śpiewanie, tańczenie, medytacja – to tylko niektóre metody pomagające nam zbliżyć się do siebie. Kontakt ze sztuką powoduje, że powracamy do siebie, do istoty tego, kim jesteśmy. To było piękne spotkanie siebie w książce.

Znalezione obrazy dla zapytania: opos
Opos i oposiki. Źródło

Poruszyłaś wiele tematów, do których jeszcze w tej rozmowie wrócimy, ale najpierw chciałabym Cię zapytać, czy Ty jeszcze idziesz przez tę pustynię?

Bardzo trudne pytanie, bardzo trudne… (milczenie).
Ciężko jest mi na nie odpowiedzieć… Być może…, ale nie wiem… musiałabym się dłużej nad tym zastanowić….

Rozumiem. Ja też mam doświadczenie podróżowania samej, choć nie tak długo jak Ty. Kiedyś miałam w sobie ducha perfekcjonistki w podróży, więc musiałam rozliczać samą siebie z ułożonego planu. Myślę, że ten brak swobody i potrzeba kontroli wzmacniana przez fakt bycia na uczelni i posługiwania się głównie rozumem powodowała, że moja głęboka podróż w trakcie samotnych wypraw nie miała szansy się odbyć tak wyraźnie jak u Ciebie. Dlatego chciałabym zapytać, co można spotkać, kiedy, będąc wśród obcych ludzi, nie trzeba już zakładać masek, nie trzeba już udawać? Co zobaczyłaś po zrzuceniu maski?

Twoje pytania są niezwykle trafne. Powiem szczerze, że przez tydzień stresowałam się rozmową…A ty tak głęboko poruszasz wszystkie tematy, o których też chciałam powiedzieć… To może odpowiem, łącząc Twoje dwa ostatnie pytania. Tak jak powiedziałaś są podróże, w których jeździmy z punktu A do B, a są też takie, w których może i ostatecznie odhaczamy miejsca, ale te odległości są tak duże, te punkty są tak daleko od siebie, że pomiędzy mamy szansę na naprawdę głęboką podróż.

Ja tego doświadczyłam w Australii, ktoś doświadczył w Rosji, bo wyobrażam sobie, że pewnie kolej transsyberyjska może wieść przez podobne bezkresy. Taka przestrzeń stepowa czy pustynna to wręcz metafizyczne doświadczenie. Ktoś jeszcze mógłby tego doświadczyć w Argentynie w Patagonii, ktoś inny w Kanadzie, gdy jechał pociągiem, by zobaczyć niedźwiedzie polarne w jakiejś odległej miejscowości… Ja swoją pustynię spotkałam w Australii, ale myślę, że jest też w tym kraju jeden bardzo ważny element, taki wyjątkowy, który powoduje, że doświadczenia stamtąd są dla Europejczyków specyficzne.

Kiedy widzisz na co dzień bardzo dużo zwierząt, roślin, których nigdy wcześniej nie widziałaś na żywo, budzi się w tobie uważność. Ta wszechobecna różnorodność powoduje, że cały czas skupiasz uwagę na ptakach, które są we wszystkich kolorach tęczy, bo myślisz sobie, że nigdy nie widziałaś tak kolorowej papugi, która może zaraz odleci, więc zapominasz o całym świecie i jesteś w 100% tylko z tą papugą. Papugi to jedno, ale gdy widzisz kangura i myślisz: „Nie wierzę własnym oczom. To jest jak życie na innej planecie!”, to nawet teraz, kiedy o tym mówię, mam gęsią skórkę i płakać mi się chce. Na przykład pamiętam taki moment w Sydney, mam nawet nagranie, które kiedyś lubiłam sobie puszczać dla rozweselenia i zawsze śmiałam się do łez. Nagrywałam wiadomość głosową do znajomego, kiedy szłam na jakieś spotkanie. Wyszłam z hostelu na dwór i mam włączony telefon, do którego mówię i nagle zobaczyłam oposa, choć jak pierwszy raz widziałam to zwierzę, to nie wiedziałam, czy to jest kot czy kangur. Opos wskoczył na drzewo, a wtedy spostrzegłam, że do brzucha ma przyczepionego małego oposika! To było wyjątkowe!

***

Jeśli chcesz zapoznać się z dalszą częścią rozmowy w formie transkrybowanej, zapisz się na listę odbiorców mojego newslettera i napisz do mnie mail z taką prośbą! Jeśli takich próśb będzie dużo, co dwa tygodnie każda zapisana osoba otrzyma transkrypcję rozmowy jeszcze przed oficjalną publikacją materiału! Dodatkowo na powitanie każdy dostaje bezpłatny fragment e-booka „Głębia poranka”! Aby zapisać się na newsletter, kliknij tutaj! 🙂

W tym miejscu wysłuchasz opowieści o tym, co wydarzyło się za kulisami naszego spotkania z Magdą, krótko przed i tuż po wyłączeniu mikrofonu. Jak my same odebrałyśmy nasze spotkanie?

Miejsca, w których spotkacie Magdę:

Strona Magdy Mitrofaniuk

Podcast „Co robić w życiu?”

Facebook

Inne audycje radiowe z udziałem Magdy na temat “gap year” w Australii:

Podkast Fundacji “Otwórz się”

Radio Campus

Newsletter + e-book

Może Ci się spodobać

Brak komentarzy

Leave a Reply